Dziecięcy exodus

Paweł Jasnowski recenzuje powieść Lindy Boström Knausgård: Witajcie w Ameryce

Linda Boström Knausgård, która debiutowała jako poetka w 1998, swoją kolejną książką – a pierwszą przełożoną na polski – usiłuje wydobyć z potrzasku cudzych słów. Pragnie przestać być zaledwie postacią z cudzej książki (ściślej biorąc, Mojej walki byłego męża Karla Ove Knausgårda, który z bolesnymi szczegółami – zwłaszcza w ostatnim tomie powieściowego cyklu – opisał jej zmagania z chorobą). Nic dziwnego, że w Witajcie w Ameryce pisarka wybrała formę skondensowaną, niemal poetycką, pełną przemilczeń i ominięć, które czytelnik musi wypełniać na własną rękę.

Milczenie to skądinąd główny motyw jej powieści. Brak słów, silne postanowienie dziecięcej bohaterki, by odtąd nic już nie mówić, wyrasta po części z traumy. Ellen dorastając w cieniu chorego ojca, który sprowadził ciemność na – budowaną przez matkę – „rodzinę światła”, jest przekonana, że wymodliła jego śmierć. Ojciec bohaterki pewnego dnia stoczył się pod stół. Osunął się z krzesła, a następnie położył się do łózka w domu na wsi i już nie wstał. Nic, czytamy, nie mogło zmusić go do wstania, leżał tak przez całe wakacje. Odtąd kiedy siadało się obok niego, wyznaje narratorka, czuło się zasysającą cię ciemność. Ojciec sprowadził na rodzinę lęk. Ilekroć Ellen go widziała, węzeł „w jej brzuchu pęczniał i zamieniał się w zaciśniętą pięść”. Pewnej nocy, nie pozwolił jej iść do toalety, bo musiała usiąść na krześle i patrzeć na niego, gdy śpiewał swoją ukochaną piosenkę, aż w końcu popuściła, a mocz przesiąknął przez koszulkę nocną, spływając na podłogę. Mimo to ojciec nie przestawał i śpiewał aż do rana. To dlatego rozmyślała o tym, że musi go zabić. „Modliłam się na głos do Boga, żeby umarł, i tak się stało”.

Jeszcze ciekawszy jest jednak drugi impuls, który powoduje, że jedenastoletnia bohaterka zrywa mosty ze światem i chce stać kimś niedostępnym, nieledwie nietykalnym. Jak wyznała sama pisarka, kiedy była dzieckiem patrzyła na dorosłych i myślała: „co to jest, co się z nimi dzieje?”. W Witajcie w Ameryce narratorka powiada: „cała ta idea dorastania wydała mi się zupełnie nie na miejscu”. Ellen, w której postać autorka wpisała własne doświadczenie, boi się, że przemiana już się rozpoczęła, że „przerażająca” dorosłość już ją połyka, i że co gorsza – nie ma od tego odwrotu. Jej milczenie jest więc (także) exodusem ze świata dorosłych, próbą ocalenia dziecięcej anarchii i autonomii przed światem zakrzepłych, zniewalających, dojrzałych form. 

W języku i właśnie w tym – niemal Benjaminowskim – starciu tego, co dziecięce z tym, co dorosłe i rodzicielskie, Boström Knausgård wydaje się najciekawsza.

Linda Boström Knausgård, Witajcie w Ameryce, przeł. Dominika Górecka, Wydawnictwo Pauza, Warszawa, s. 112