Poeta codziennej szarości

Karol Kleczka o właśnie wydanej prozie Denisa Johnsona "Sny o pociągach"

„Wszystkie te chwile stracą się w czasie, tak jak łzy, co gubią się w deszczu. Pora umierać” – powiedział replikant Roy Batty do detektywa Ricka Deckarda, po czym spuścił głowę na pierś i wyzionął ducha. Co łączy słynny monolog „Tears in rain” z Blade Runnera ze Snami o pociągach, najnowszą nowelą Denisa Johnsona, wydaną przez Czarne? Niby nic, a przecież wszystko zarazem, bo mowa pożegnalna Batty’ego jest jak memento w lekturze Johnsona: każde życie to zlepek właściwie nieistotnych momentów, lecz mimo tego można je unieśmiertelnić w opowieści.

Właściwie nie wiadomo skąd pochodzi Robert Grainier, główny bohater Snów o pociągach, bo i Utah, i Kanada, to równie prawdopodobne kierunki. Grainier ujmuje czystą przygodność bycia, to człowiek bez cech dystynktywnych, lecz nie bez właściwości. Bohater naszych czasów, taki, o którym historia nie pamięta, bo i co tu jest do pamiętania? Doświadczył tragedii (kto nie doświadczył), przeżył żałobę (kto nie przeżył), pracował na kolei (a czym to się różnie od mojej roboty) i spotkał najgrubszego człowieka świata (o, to ciekawe). Jakby powymieniać poszczególne elementy z tej składanki, pewnie wyszedłby jakiś inny Grainier – może ty, albo ja. Bez przebojów, nie ma tu materiału na hit. Miłość, praca, utrata – ot rzeczy codzienne.

Tyle, że dla Johnsona właśnie taki pejzaż jest zachętą do opowiedzenia kolejnej legendy. Krążąca plotka o „wilczej dziewczynie” może zostać opowiedziana jak kolejna historia o zagubionej sierocie, albo jak mrożąca krew w żyłach legenda. Przejażdżka autem, rozmowa z facetem na stacji benzynowej, wstrząsający prasowy nagłówek, każda z tych bardzo zwyczajnych scen, może nabrać zaskakującego znaczenia. U Johnsona sny stają się realne, a wyjście do cyrku urasta do kategorii mitycznych zdarzeń, nadając znaczenie przypadkowym sytuacjom. Opowieści jest nie tyle co gawędziarzy, lecz co słuchaczy, a każda z nich będzie inna zależnie od nadanych jej sensów.

Pewnie dla wielu czytelników w Polsce Syn Jezusa był pierwszym zetknięciem z Johnsonem, a przynajmniej ja jestem takim przypadkiem, dlatego nie sposób mi nie czytać nowo wydanej książki Amerykanina bez porównań z wydanym w zeszłym roku zbiorem opowiadań. Syn Jezusa też oferował „samo życie”, choć w radykalnie różnym od Snów o pociągach sposobie przedstawienia. W Synu Jezusa Johnson strzela słowami jak z karabinu, pozostawiając czytelnika z wrażeniem żywej mowy: nie tyle czytania, co słuchania gawędy. Sny o pociągach pod tym względem odstają, prowadząc historię Grainiera raczej w rytmie stukających po torze kół, aniżeli wysokich obrotów silnika motocyklowego. Nie twierdzę, że to wada, to raczej obserwacja dzielącego powieści dystansu. Sny o pociągach to zdecydowanie bardziej medytacyjna literatura, bez noży w oku, dziur po kulach i barowych gadek, dlatego jeśli ktoś ochoczo podejdzie do tej książki wiedziony wspomnieniami po zeszłorocznym zbiorze, to po prostu może się rozczarować.

Pojawienie się Snów o pociągach cieszy przede wszystkim dlatego, że polska biblioteczka johnsonowska zostaje uzupełniona o czwartą pozycję, z których każda lokuje się w nieco innej stylistyce. Na tle polifonicznego, grającego z czytelnikiem Drzewa dymu, wariackiego Zagubionego wybrzeża, czy właśnie Syna Jezusa, Sny o pociągach są zdecydowanie najspokojniejszą i najbardziej przystępną w lekturze pozycją. Takich fajerwerków, złożonych, wielopoziomowych fabuł, jak w pozostałych obecnych w Polsce johnsonaliach, w Snach nie ma. Nie brakuje w nich jednak reporterskiego oka Denisa Johnsona, przywiązania do detalu i umiejętności opowiedzenia niepowtarzalnej historii, złożonej z tylko pozornie nieciekawych, szarych elementów. To też jakaś pociecha dla człowieka znajdującego się na zakręcie, w momencie być może rozczarowujących, życiowych podsumowań: u ciebie też dzieją się rzeczy niezwykłe, wystarczy inaczej o nich opowiedzieć.

Denis Johnson, Sny o pociągach, tłum. Tomasz S. Gałązka, Czarne, Wołowiec 2021, s. 112