Pokaż mi swój interfejs, a powiem ci kim jesteś, a nawet kim zamierzasz być

Karola Kleczka o książce Michała R. Wiśniewskiego: "Zabójcze aplikacje. Jak smartfony zmieniły nasz świat".

Chciałbym napisać ten tekst na telefonie, ale mam za grube paluchy żeby to zrobić. Ile bym się nie starał, ile nie giął – jestem człowiekiem dużej klawiatury, który czerpie przyjemność z tego stukania pod palcem. A telefon? Telefon mnie wkurza, jeszcze bardziej wkurzam siebie ja spędzając godziny wgapiony w męczące apki jak cielę w malowane wrota.

Choć na wstępie dzielę się gniewem na samego siebie, to też jakimś osobistym przemęczeniem smartfonem. Kiedy kilka tygodni temu jadąc tramwajem spojrzałem za okno i zobaczyłem dosłownie wszystkie pasażerki i pasażerów sąsiedniej bany z oczami skierowanymi w czarne pudełka, z karkami zgiętymi pod nienaturalnym kątem, to złapałem się za głowę wolną ręką. Ze smutkiem stwierdziłem, że w drugiej leży iPhone. Moje zmęczenie nie dotyka jednak Michała R. Wiśniewskiego, który w książce Zabójcze aplikacje. Jak smartfony zmieniły nasz świat podchodzi do tematu diametralnie inaczej. Zabójcze aplikacje to właściwie coś na kształt wyznania miłości do telefonu.

Książka Wiśniewskiego jest pracą z gatunku archeologii pamięci. Autor z nostalgią i szczerą fascynacją nieodległą przeszłością, oddaje czasy, o których opowiadanie dzieciom będzie niczym snucie historii o powojennej elektryfikacji wsi. Książkę wypełniają wspomnienia, skutecznie oddziałujące na wychowanego w latach 90. czytelnika. We mnie też wraz z kolejnymi rozdziałami otwierały się te szufladki, w które pochowałem niepokojący dźwięk modemu; pieniądze wydawane w kafejce internetowej tylko po to, żeby sprawdzić maila, na którym oczywiście nic nie było; godziny spędzone na granitowej ławce na rynku tylko po to, by skorzystać z darmowego wi-fi. Mógłbym mruknąć jak w reklamie cukierków, że dziś sam jestem dziadkiem wpiętym 24/7 w sieć schowaną w mojej kieszeni, ale w sumie po co, skoro Wiśniewski robi to lepiej i to jeszcze z dużą dozą humoru.

W trakcie lektury można czuć się jak na wycieczce w muzeum techniki, będąc prowadzonym przez pochłoniętego tematem przewodnika, tym bardziej, że zamykające rozdział „tweety” przypominają dydaktyczne „piguły” (jak mawiają nauczycielki) dla leniwych. Mimo tego książka jest napisana przystępnym, żywym językiem, który sam w sobie sprawia przyjemność czytelnikowi. Ale czy przeżyłbym bez tej lektury? Jak najbardziej. Chwała autorowi, że wyciągnąłem z niej przynajmniej tyle, by nigdy, przenigdy nie instalować Tiktoka, bo pewnie bym w nim utknął. Ucieszył mnie też passus o patologii elektrycznych hulajnóg.

Niemniej tytułowe „zabójcze aplikacje” wcale zabójcze nie są, to raczej przeze mnie przemawia luddyzm. Jeśli już coś mordują, to nasz czas i uwagę. Niekiedy pieniądze, ale to wbrew pozorom relatywnie niewiele warta waluta w zestawieniu z dwoma wyżej wymienionymi. Oczywiście książka poświęcona smartfonom raczej by się nie obeszła bez napomnienia o patologiach, takich jak pozyskiwanie danych, które napędza machinę kapitału, czy żerowanie na dziecięcej naiwności użytkowników, ale Wiśniewskiemu bliższa jest oda ku technologii niż dziaderskie rozwodzenie nad wgapianiem w ekran. Telefony z Zabójczych aplikacji to w gruncie rzeczy fajne gadżety, oferujące rozrywkę, coraz bardziej świadome swych użytkowników i kształtujące się tak, by spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Wierniejsze od domowych czworonogów, bo koniec końców smartfony to dzięki pozycjonowaniu treści lustra nas samych treści. Pokaż mi swój interfejs, a powiem ci kim jesteś, a nawet kim zamierzasz być.

Karol Kleczka

Michał R. Wiśniewski, Zabójcze aplikacje. Jak smartfony zmieniły nasz świat, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 240