Praktyczny idealizm Segala

To chyba najlepszy moment na wydanie tej anarchistycznej z ducha książki w Polsce - Magdalena Kargul o książce Mateusza Gierszona "Metoda Segala. O wspólnotowym budownictwie mieszkaniowym"

Jeśli Segal kojarzy się dziś w Polsce z metodą, to jest to raczej metoda na spędzanie niedzielnego wieczoru ze średniej klasy filmem akcji. Trudno się temu dziwić nie tylko ze względu na większą popularność aktorów nad architektami, ale też z uwagi na brak obecności metody Segala w dyskusjach czy na kartach popularnych książek urbanistycznych i architektonicznych. A szkoda, bo zawdzięczamy mu wiele.

Nazwisko Waltera Segala powinno pojawiać się przy rozmowach o squatach, partycypacji mieszkańców, utyskiwaniach na stan mieszkalnictwa w Polsce i kwoty kredytów. Ale jego metoda może skorzystać także na modnych dzisiaj fenomenach małych domków modułowych, minimalizmu czy lekko już przebrzmiałego cabin pornu. To chyba najlepszy moment na wydanie tej anarchistycznej z ducha książki w Polsce. Może wypełnić lukę w prowadzonych na większości spotkań towarzyskich rozmowach o niedostępności i braku mieszkań, ale też przy zachwytach nad modernistyczną architekturą, tworząc wyłom w obecnie wciąż dość monolitycznym i bałwochwalczym wyobrażeniu o tym nurcie. Nie jest jednak tak oczywista, jak mogłoby się wydawać – metoda Segala bowiem jest działalnością marginalną i próżno upatrywać w niej cudownego rozwiązania naszych problemów. Jej idea natomiast to już inna historia.

Książka ma nietypową konstrukcję – dość kłopotliwą dla osób nieobeznanych z tematem. Zaczyna się od nakreślenia tła i zarysowania różnic między modernizmem a nieokreśloną jeszcze metodą Segala. Cieszy mnie i ciekawi ten zwrot ku krytycznej postawie wobec modernizmu. Po zachłyśnięciu się nim i wysypie pięknie wydanych książek oraz albumów na ten temat, dorośliśmy do krytyki i bardziej zniuansowanego spojrzenia na ten prąd w architekturze i stojące za nim intelektualne założenia. 

W dużym skrócie, dla podobnych mi, urbanistyczno-architektonicznych laików i pasjonatów, metoda Segala to sposób wspólnotowego i taniego budownictwa mieszkaniowego dla niewielkich grup społecznych. Charakteryzuje go wysoka partycypacja przyszłych mieszkańców, którzy po serii szkoleń i wykładów, z pomocą architekta i specjalistów, zobligowani są do zbudowania swoich domów. Te z kolei oparte są na konstrukcji Segala: szkieletowej, ramowej, modularnej oraz maksymalnie uproszczonej, podniesionej ponad grunt i ze skrajnie uproszonymi fundamentami. Całość zasadza się na widocznych z zewnątrz ramach konstrukcyjnych, które nie tylko pozwalają „rozpoznawać” te domy jako zbudowane metodą Segala, ale stanowią przede wszystkim uproszczenie dla budowniczych, dając możliwość rozbudowy w przyszłości. Estetyka nie gra tu roli, najważniejszy jest sam proces uspołeczniania i włączania mieszkańców w tworzenie całego osiedla. Domy te miały jednak swoje wady: niska energooszczędność, czy duże, ale niestety nieszczelne okna. Mimo wszystko zbudowane tą metodą osiedla, takie jak Lewisham czy Islington wciąż są funkcjonalne oraz wysoko oceniane zarówno przez ich mieszkańców, jak i samo środowisko. Pierwszym domem powstałym w tej metodzie był założony jako tymczasowy budynek na użytek rodziny samego architekta, stworzony na potrzeby budowy nowego mieszkania w 1962 roku. Przełom jednak nastąpił, jak pisze Mateusz Gierszon, w 1971 roku, kiedy jeden z inwestorów stworzył samodzielnie dom tą metodą. Potem machina ruszyła.

Segal był outsiderem, który nie chciał tworzyć budynków-pominków, ale dostępne dla mniej zamożnych osób domy, które będą im służyć. Posługując się zaproponowaną w książce nomenklaturą był architektem-aktywistą, nie architektem-technokratą, którego cechowała wyższość i poczucie władzy. Chociaż wiele zaczerpnął z architektury modernistycznej (początkowo obecne w realizacjach płaskie dachy, wielkie okna czy samą ideę funkcjonalności) to bliżej było mu do sytuacjonistów i anarchistów, podważających oraz kontestujących układy architektury z władzą polityczną, jej elitarność czy nieliczenie się z przyszłymi użytkownikami. To ciekawa perspektywa w kontekście architektury, tym bardziej, że podczas lektury zadawałam sobie pytanie o własne uprzywilejowane spojrzenie z góry. Czy nie żenują mnie jednak te wszystkie łabędzie z opon w ogródkach? Liczba przybudówek domów jednorodzinnych, mijanych na trasie? Czy byłabym w stanie zupełnie nie dbać o estetykę, kiedy tak zachwycają mnie modernistyczne budynki? Celowo staram się „przerysować” te pytania (w końcu jak pokazują osiedla zaprezentowane w książce, nie brak im uroku), bo wydaje mi się, że dopiero zaczynam oswajać ten temat. Tym, co w tej idei i opisującej ją książce jest pociągające jest jej świeżość i odwaga myślenia. Publikacja Gierszona poszerza nasz zakres wyobraźni mieszkaniowej o nowe sposoby budowania, zamieszkiwania i wpływania na środowisko. Sprawczość tej metody jest w niej najbardziej pociągająca. Bywa też jej największą przeszkodą.

Sytuacja w Polsce XXI wieku znacznie się rożni od Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XX poprzedniego stulecia. Chociaż tutaj muszę wtrącić, że kręciłam głową ze zdumieniem, że takie eksperymenty mieszkaniowe miały miejsce w okresie polityki Margaret Thatcher. Udało się to głównie dzięki współpracy wspólnot mieszkaniowych z urzędnikami oraz samorządami. Jednak tym, co czyni tę metodę marginalną nie jest tylko niewielka ilość realizacji w skali Europy, ale także właściwie jej niedostępność dla klasy średniej – za biednej żeby kupić, ale ze zbyt ważnym źródłem dochodu w postaci stałej pracy, aby móc poświęcić się budowie domu w pełnym wymiarze godzin. Metoda Segala została pomyślana jako budownictwo spółdzielcze czy wspólnotowe, czego niesamowicie potrzebujemy w dzisiejszych czasach, ale na co zupełnie nie mamy czasu. Tym cenniejsza jest ostatnia część książki, poświęcona możliwościom zastosowania tej metody w Polsce. I przez to książka ta ląduje w mojej głowie w przegródce pod tytułem „książki, które wysłałabym urzędnikom i politykom”. Z uwagi na brak tego typu realizacji w naszym kraju, nacisk zostaje położony na konieczność stworzenia warunków do samego pomyślenia o takiej możliwości, pokazania możliwych dróg (wraz z przytoczeniem stosownych ustaw!) oraz projektów dostosowanych do rodzimych warunków. Przyszli mieszkańcy wciąż nie są traktowani jako równi partnerzy, którzy mogą oferować swój czas i pracę w zamian za uzyskanie wiedzy, technicznych możliwości oraz stworzenie swojego miejsca do życia, zgodnie z własnymi potrzebami. Te bowiem nad wyraz chętnie są zastępowane wyobrażeniami urzędników, deweloperów i architektów.

Wraz z autorem książki, Mateuszem Gierszonem, podzielam więc niedosyt i uczucie przemożnego braku tej metody na polskim gruncie. Może najbliżej nam do niej było przy opisywanych w Architekturze dnia VII kościołach budowanych z pomocą parafian, jednak wciąż nie są to miejsca do życia, do tego często stawiane w jawnej sprzeczności z prawem. Obyśmy z czasem wykorzystali pamięć o takich „społecznych zrywach” i wynieśli z niej to, co najlepsze, aby w przyszłości stworzyć nową wspólnotę budowniczych, potrzeba nam jedynie nieco więcej odwagi.   

Magdalena Kargul

Mateusz Gierszon, Metoda Segala. O wspólnotowym budownictwie mieszkaniowym. Oficyna Bractwo Trojka, Poznań, 2021, stron 208