Przegrany hochsztapler

Magdalena Kargul o najnowszej książce Marcina Wichy: "Kierunek zwiedzenia"

Intuicja językowa Wichy, jego słuch, niewymuszone zabawy i wirtuozerskie popisy uwodzą mnie za każdym razem. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, ze jego felietony i eseje należą do moich ulubionych; niektóre przechowuję w pamięci miesiącami. Chociaż nasza czytelnicza znajomość zaczęła się od rozczarowania dzisiaj uważam, że to jeden z najlepszych pisarzy tego gatunku w kraju. Nie wiem tylko, czy Kierunek zwiedzania jest tego najlepszym wyrazem.

Ta książka zaczęła się dużo wcześniej niż jej właściwa lektura. Od muśnięcia okładki powleczonej płótnem, z wytłaczanymi czarną farbą literami, z lekko rozmazanym isbnem na końcu i przetartym nonszalancko grzbietem. Albo od tego niepewnego tańca nad nową książką. Kiedy już cię kusi, ale czas jednak nagli, a rozpoczęte już lektury mogą rozproszyć uwagę. A tego nie chcemy, chociaż zaglądamy, łowimy doskonałe zdania i uśmiechamy się do siebie.

To książka-koncept, która miała być zadośćuczynieniem za zmarnowane lata szkolne, nieudane lekcje plastyki, nudne wycieczki po muzeach. Nikt nie napisał jeszcze tak pomysłowej książki o malarzu; nie na naszym rynku; przynajmniej nie tak daleko idący. Wicha prowadzi nas przez życie Malewicza (życia oraz idei jest tu więcej niż obrazów), wcielając się w rolę przewodnika grupki turystów. I ten gest jest mistrzowski: osadzony w polskości, w teraźniejszości, w tym co nam dobrze znane. Gest mający oswoić nam sztukę współczesną i niefiguratywną, zdjąć ją z wysokiej półki opatrzonej wielkim ostrzeżeniem „UWAGA, ABSTRAKCJA”. Jest to klin wbity między „moje dziecko by to namalowało” a przeintelektualizowanym bełkotem rodem z podpisów obrazów w Mocaku. Krótkie impresje przeplatane są więc konsekwentnie zwrotami do czytelnika/widza wyobrażonej wystawy. Nie bez powodu książka zaczyna się od zdania „W końcu wszyscy stajemy się dorośli” – ale cóż to za dorosłość? Nieprawdziwa, trochę nieudana, umowna. I tę umowność Kierunek zwiedzania uwypukla poprzez wtrącenia lekko znudzonego przewodnika, figury, która wie więcej i lepiej. Wciąż potrzebujemy tych didaskaliów, tego „państwo zwrócą uwagę”, „przechodzimy dalej”, aby poczuć się mniej zagubionymi – w życiu i w sztuce. Tworzy to także swoisty klimat dla gawędy, w którym możemy się odnaleźć. „Któż to wie, dawno temu to było” – zadomawia nas to w tekście, spuszcza powietrze z trudnego tematu i kultowego obrazu. Nie byłabym też sobą, gdyby nie porwał mnie fragment o polskości Malewicza. Kilka akapitów zapewnia nam poczucie zupełnej swojskości i popis umiejętności Wichy. Wszystkie bariery zostają przełamane, jesteśmy w domu. Malewicz był Polakiem cierpiącym, Polakiem odtrąconym, Polakiem ważnym, ale niewystarczającym. Pełen przegląd modeli polskości, daleki pogłos mrożkowej wykładni przeżywania naszej narodowości. Czy da się bardziej zbliżyć do wielkiego artysty niż poprzez najważniejszą i najbliższą Polakom kategorię etnicznej tożsamości? Wracamy przez to do muzealnej wycieczki z przewodnikiem. Ktoś ma aparat na szyi, ktoś hawajską koszulę, inny skarpetki do sandałów. Jesteśmy w domu, Malewicz oswojony (na chwilę, na tych kilka stron).

Ale idźmy dalej. Wicha rozbija wielkość Malewicza nie tylko przez swadę i formę wywodu (niezbędne do sprowadzenia artysty do zrozumiałego dla nas poziomu), ale też przez podkreślanie jego braku talentu i nieumiejętności. Zdejmuje z niespiesznych muzealnych przechodniów towarzyszącą im iluzję wielkości, blichtru i sławy, która przykrywa brak zrozumienia. Malewicz nie był wielki, ale niepewny, nielubiany, nudny, przegrany, lewy. Ludzki. Miał wrogów, dworował, przynosił wstyd rodzinie, zmieniał żony. Jednak w gruncie rzeczy niewiele się o tym człowieku dowiadujemy. A o jego malarstwie? Też niespecjalnie. Malewicz został pochłonięty przez swoją legendę, w której się nie zmieścił ze swoim pochodzeniem, brakiem studiów i szarością. Tekst Wichy niczego nie wyjaśnia, nic nie przedstawia, nasiąka epoką, nastrojem i błotem. Ta książka jest sama w sobie wystawą, odwołującą się do dokumentów epoki, zmyśleń i manifestów. Przemierzamy kolejne sale, oglądamy zdjęcia Lenina, słuchamy o porcelanie, miodzie i czytamy dzieje rewolucji. Jeśli nie będziemy uważać szybko zgubimy wątek (nawet jak będziemy uważać również go zgubimy – proszę państwa, proszę się nie martwić, taki był plan, nie znaczy to od razu, że wszyscy jesteśmy głupi). Autor od tematu odchodzi chętnie i daleko. W zdjęcia, filmy, definicje, cukier, własne zabawy słowem. Ucieka od przedstawienia figuratywnego, osuwa się w abstrakcję, dając nam… czarny kwadrat. Nikt nie wie, czym w zasadzie powinien być i jaka jest jego ostateczna wykładnia. Co właściwie oznacza, czy jest prawdą, czy tylko żartem? Książka nie daje odpowiedzi, zarysowuje tylko problem, uwypuklając go przy tym jeszcze bardziej. Dobra robota kuratorska, która nie wykłada wszystkiego na ściany i nie wyczerpuje tematu; odsyła do katalogu i przypisów, porządnej kwerendy bibliotecznej.

Tak więc Wicha zrobił nas tą książką trochę w konia. Można powiedzieć: „gadał dziad do obrazu a obraz do niego ani razu” i będzie to w jakimś sensie trafna recenzja. Czarny kwadrat Malewicza pozostaje bowiem enigmą, tak jak życie artysty i jego poglądy. Nie znajdzie się tu przykładnej biografii ani wywodu krytyka. To miła przechadzka letniego turnusu wakacyjnego po salach muzeum. Leniwa, bez przekonania, ale jednak coś tam o uszy się obija (BYŁ POLAKIEM. PAŃSTWO PAMIĘTAJĄ, ŻE BYŁ POLAKIEM). I w tym tkwi siła Kierunku zwiedzenia: Wicha naprawdę wykorzystał doświadczenie każdego z nas (w końcu choć raz znaleźliśmy się w sytuacji oprowadzania po wystawie), ale nie wykpił go z pozycji osoby w sztuce obeznanej. Puścił do nas oko, zagrał zapomnianą sztuką konceptu literackiego. Chociaż faktem pozostaje, że książka zostawi po sobie wielu rozczarowanych, którzy tak jak w przypadku Czarnego kwadratu, swoją krytykę wyrażać będą machnięciem ręki w zaufanym gronie przyjaciół, na zewnątrz kiwając głową z aprobatą. Tak nas zrobił Wicha swoją książką, że po przeczytaniu jej niewiele więcej wiemy, a jednak jakoś tak przyjemnie.

Magdalena Kargul

Marcin Wicha, Kierunek zwiedzania, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021