Sny o Nowej Hucie

O książce Elżbiety Łapczyńskiej "Bestiariusz nowohucki" pisze dla nas Aleksandra Byrska

Miałam kiedyś sen, że w Nowej Hucie, tuż za znanym betonowym napisem „Huta im. T. Sendzimira” rozpościerają się hektary niekończących się ogrodów. Pamiętam, że szłam nimi uparcie aż do świtu. Bestiariusz nowohucki Elżbiety Łapczyńskiej przypomniał mi ten sen, obudził również zamazane wspomnienia z dzieciństwa. Arkady Placu Centralnego w latach dziewięćdziesiątych potężniejące w perspektywie kilkulatki, labirynty bram, miejskie i rodzinne legendy, niezapomniana impreza przyjaciółki babci w “Stylowej”. Huta jest osobnym kosmosem, ma swoją wyczuwalną, odmienną aurę, funkcjonuje w naszych głowach jako osobny byt. Jednak dopiero książka Łapczyńskiej z uderzeniową siłą uświadomiła mi jak mocne jest to przekonanie i na jakich korzeniach wyrosło. Łapczyńska w swojej debiutanckiej powieści uprawia fikcyjną odkrywkową archeologię i odnajduje zaginioną nowohucką mitologię – obdarza nas oszałamiającą wizją prapoczątków, gdy budowlany kurz i piach podnosiły się nad łąkami. Wierzę bezwarunkowo w każde jej nieprawdopodobne słowo.

Nie mam zamiaru tu ukrywać, że uważam tę książkę za debiut wybitny, operujący niezwykle dojrzałym, porywającym językiem. Język ma tutaj moc stwarzania światów i żywych ludzi, moc sięgania do wrażliwych miejsc czytelnika i zostawiania w nich śladu. Po lekturze długo czułam się nim dotknięta, towarzyszyło mi silne wzruszenie, które nie było zagnieżdżone bezpośrednio w przejęciu fabułą, lecz wypływało z nieoczywistego piękna, konstrukcji, przenikliwych opisów, miliona dopracowanych drobiazgów.

Nowa Huta w opowieści Łapczyńskiej wyrasta z mocnego splotu tego, co naturalne, z tym, co stworzone przez człowieka. Kombinat i jego wielki piec jest żywym organizmem, jej sercem:

“Kombinat, aby się wznieść, wgryzał się w ziemię, mościł się w wykopach, a równocześnie nad ziemią oplatał się stalowymi prętami.  Nie przestawał się rozrastać w dół, na boki i w górę, jakby wstrzyknięto mu w krwiobieg stymulant. (...) Głosy budowy towarzyszyły mi nawet we śnie. Zostawaliśmy tu po pracy, błądziliśmy po setkach hektarów kombinatu. Przemierzaliśmy go wzdłuż torów lub rowami. Gdzie nie spojrzeliśmy, tam stelaże hal wielkości całych wsi. Albo wieże i kominy obrośnięte rusztowaniami.”

Żywy organizm, zagarniające wszystko monstrum, które dziś zamilkło już na zawsze. Huta zawsze wydawała mi się dziwnie cicha, z zawieszonym w powietrzu napięciem, które można by było kroić nożem, jakby wiecznie przed burzą. Nic dziwnego, gdy monstrum śpi, zamarł krwioobieg. 

Budowana na szczątkach cmentarza (przy którego przeszukiwaniu pracuje jeden z bohaterów), wypierająca roślinność, pochłaniająca ofiary – Huta przyciągała do siebie przede wszystkim tych ludzi, którzy nie mieli dokąd pójść. Bohaterami prozy Łapczyńskiej są wyrzutkowie, sieroty, byłe więźniarki – osoby bezradne, zagubione i okrutne. Ogłuszone przez wszechobecny huk kombinatu i budowy, błądzą jak we śnie niekończącymi się zaułkami między równo wybudowanymi blokami. Wszystkie opowiadania łączy postać doktora Szpigiela – szarej eminencji tego bezwzględnego świata. Fałszywy doktor znikąd – manipulujący ludźmi i praktykujący podejrzane eksperymenty – wydaje się symbolem zła, które spotykało naiwnych przybyszów pragnących w Nowej Hucie budować lepszy świat lub po prostu zacząć od nowa. Prorok czytający przyszłość z wnętrzności Wielkiego Pieca, kobiety jedzące arszenik, pochłaniany przez strach Emil, wyszarpujące sobie nawzajem fragmenty egzystencji bliźniaczki i ich wspólny mąż, człowiek bez twarzy i jego żona, cały cmentarz samobójców żegnany przez Mistrza Śmierci. Wszyscy oni, tak żywi jak nieprawdopodobni, tworzą obraz nie tylko niepokojów egzystencjalnych i niezgłębionych zaułków ludzkiego umysłu, lecz także niszczącej siły pracy fizycznej. Wysiłku ekstremalnego, który przeraża i na który nikt tak naprawdę nie jest gotowy. To nie przypadek, że bohaterowie jednego z opowiadań już po pierwszym dniu pracy planują ucieczkę. Huta ma jednak nad nimi władzę i wbrew sobie każdego poranka podążają do kombinatu przyciągani jej magnetyczną siłą. To praca, która nie wyzwala, nie przynosi nowego świata, to praca, która degeneruje. Kończąca książkę katastrofa, nie pozostawia nam złudzeń: „Huta zabierała swoje miasto do grobu wraz z mieszkańcami, a to oni ten grób wykopywali.”

Elżbieta Łapczyńska, „Bestiariusz nowohucki”, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020, s. 132