W stronę postludzkości, czyli żwir filozoficzny

Tomasz Wojewoda o powieści "Życie bez końca" Frédérica Beigbedera

Tematyka, którą podejmuje Frédéric Beigbeder w swojej najnowszej powieści, jest już tak wyeksploatowana, że wydaje się dość niepewnym tworzywem, z trudem przyjmującym nowe hipotezy. Być Matuzalemem za wszelką cenę, żyć wiecznie. Nieśmiertelne jest przede wszystkim marzenie o nieśmiertelności. Nieprzeliczone zastępy ludzi w historii poszukiwały kamienia filozoficznego. Francuski pisarz swoją książką dodaje do tego dziedzictwa kilka własnych kamyczków, swój „żwir filozoficzny”. Choć trzeba przyznać, że zaznaczyć swoją nieśmiertelność próbował autor wcześniej już wielokrotnie. Na przykład w 2008 roku spędził  półtorej doby w areszcie, po tym, jak paryska policja zatrzymała go za wciąganie białego proszku z maski samochodu. Wydarzenia te posłużyły za kanwę Francuskiej powieści (2009, wyd. pol. 2010). Nie na darmo zatem pisał Milan Kundera: „Kartoteki policyjne są często naszą jedyną przepustką do nieśmiertelności”. Ale przecież w przypadku Beigbedera powyższe stwierdzenie nie ma pełnej mocy, bowiem Życie bez końca jest już siódmą książką, która ukazuje się w polskim przekładzie.

Pisarz przyznaje, że Życie bez końca może i powinno być traktowane jako dalszy ciąg Francuskiej powieści. Była to bowiem proza o dzieciństwie, Życie bez końca zaś opowiada o próbach cofnięcia czasu. Łącznikiem między dwiema powieściami jest córka bohatera, jak się wydaje jedyna postać, z którą autor się liczy. Jej pytanie: „–Tato, jeśli dobrze rozumiem, każdy umiera?” i jego odpowiedź: „–Nie martw się, kochanie (…) Od teraz już nikt nie umrze” stają się przyczyną imperatywu podróży dookoła świata w poszukiwaniu nieśmiertelności. Podróż ta wiedzie przez Genewę, Jerozolimę, Maria Wörth w Austrii, Nowy Jork, Boston, San Diego, gdzie spotyka się ze światowej sławy naukowcami, ale również szarlatanami i szafarzami nadziei. Jest to więc także powieść drogi – która toczy się w rytmie sztucznie napędzanej krwi bohatera. Chce on dostać drugą szansę, egzystencję poprawkową, by jak najdłużej móc być ze swoimi późno urodzonymi dziećmi. Beigbeder postrzega swoje potomstwo jako jednych z pierwszych reprezentantów postludzi – według ostatnich badań urodzeni po 2009 roku będą mieli szansę dożyć nawet stu czterdziestu lat.

Frédéric Beigbeder uznaje się za przedstawiciela ostatniej śmiertelnej generacji, chce rzutem na taśmę załapać się do członkostwa w elitarnym klubie pierwszego transhumanistycznego, udoskonalonego pokolenia. Uważa, że głupio byłoby umrzeć w przeddzień wynalezienia nieśmiertelności, co jego zdaniem powinno nastąpić około roku 2050. Ze statystyką trudno dyskutować – a ta mówi, że oczekiwana długość życia Francuzów wynosi 78 lat, co oznaczałoby, że do przekroczenia pożądanej granicy może zabraknąć mu zaledwie siedmiu lat. Przypomina mi się w tym miejscu Charles Bukowski, którego główną aspiracją było dożyć roku 2000 i, w wieku osiemdziesięciu lat nadal umawiać się z dwudziestkami. Dość osobliwa to minoderia i donkiszoteria, momentami wręcz irytująco narcystyczna. Ale przy całym swoim narcyzmie jest to wciąż rzecz bardzo dobrze napisana. Czy można oprzeć się pięknu takiego na przykład zdania: „(…) wielkie tłuste krople helweckiego monsunu wlewały nam się za kołnierz niczym mrożone pocałunki.”?

Nieomylne akademickie podręczniki do narratologii ostrzegają, że największym błędem, jaki może popełnić czytelnik, jest utożsamienie narratora z autorem. W przypadku Beigbedera rzecz jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, niż się to początkowo wydaje. Autor bowiem od samego początku i bez ogródek przyznaje, że chodzi mu jedynie o własne życie, o odłożenie ad calendas Graecas własnej śmierci. Wydaje się, że w całym tym szaleństwie chodzi o to, że Beigbeder-narrator postawił sobie za cel unieśmiertelnienie Beigbedera-człowieka. Nudne powidoki Horacego? Otóż nie, coś znacznie więcej – aby pokonać śmierć, trzeba najpierw odzyskać człowieczeństwo. I bohater to robi najlepiej, jak potrafi – zakłada (kolejną już) rodzinę, rezygnuje z prowadzenia kontrowersyjnego programu telewizyjnego, polegającego na tym, że naćpany prowadzący przeprowadza wywiady z naćpanymi gośćmi.

Zaskakująca jest dla mnie paralela Życia bez końca ze zbiorem reportaży Nie ma Mariusza Szczygła. Ubiegłoroczny laureat Nagrody Nike stwierdził: „Po czterdziestce odkryłem, że nie jestem nieśmiertelny, musiałem coś z tym zrobić”. Beigbeder, starszy od Szczygła nieco ponad rok, do podobnych konstatacji doszedł prawie dekadę później, zatem musiał z tym coś zrobić tym bardziej. Wynikiem tych działań są owe książki, w literackim dorobku obydwu pisarzy – wyjątkowe. Trudno nie zauważyć pewnych podobieństw – w obu przypadk

ach dochodzi do próby przekroczenia granicy gatunkowej. U Szczygła mieliśmy do czynienia z tekstami reporterskimi, przełamanymi eseistyką, operującymi dopowiedzeniami, czyli dryfującymi w kierunku literatury pięknej. Tymczasem Beigbeder – przyjmując przeciwny kierunek, ale ten sam zwrot – podejmuje próbę przejścia z fikcji do literatury faktu, tworząc na swój własny użytek nową hybrydę – „niefantastykę naukową” (science non-fiction). Beigbeder zaznacza, że „występujące w książce osoby są autentyczne, podobnie jak treść przeprowadzonych z nimi rozmów i opisy metod naukowych”. Ale uważny czytelnik znajdzie w Życiu bez końca również elementy „zmyślone czy futurystyczne, czasem całkiem oczywiste, czasami sprytnie zakamuflowane”. Jak chociażby podwójny i futurystyczny wątek miłosny.

Głównym motorem tej książki jest zatem strach – kiedy autor pisze na pierwszych stronach książki o pozostającym na niebie świetle wygasłych gwiazd, można jego wywód rozumieć dwojako – równie dobrze jako wyznanie ciała bynajmniej nie niebieskiego, a medialnego, gwiazdy, której status Frédéric Beigbeder ma we Francji od lat. „Zawsze bałem się śmierci, piszę o tym w prawie wszystkich swoich powieściach. Wszyscy pisarze mówią o pokonaniu śmierci, myślę, że po to piszemy. I jeszcze: <<tematem tej książki nie jest życie, tylko nie-śmierć>>”.

Życie bez końca to przykład literatury wywrotowej, niepokornej, bukowskoidalnej. Zresztą, w scenie, w której bohater dowiaduje się, że „(…) żołądek, płuca, jaja, wszystko działa normalnie, nawet (…) prostata jest niewielka” brzmi dokładnie tak samo jak Charles Bukowski, który w jednym z wierszy opisuje swoją euforię po przeglądzie lekarskim, którego wynikiem była konstatacja, że dekady systematycznego zalewania się alkoholem nie odcisnęły na jego organizmie prawie żadnego piętna.

Życie bez końca wystawia czytelnika na próbę – zmianie ulega to, w jaki sposób postrzega się bohatera – mam wrażenie, że wraz z postępującą akcją, coraz mniej ma się ochotę mu kibicować. Przynajmniej takie było moje doświadczenie.  „Powiedzmy jasno: nie nienawidzę śmierci; nienawidzę swojej śmierci” – przyznaje pisarz, by chwilę później dodać:. „(…) reprezentuję typ sukinsyna zdolnego bez trudu żeglować między teologią a skatologią”. Można odnieść wrażenie, że uparte dążenie do nieśmiertelności jest przedłużeniem bardzo wyraźnie widocznej u Beigbedera pierwotnej maczystowskiej siły, kultu młodości i imperatywu prokreacji. Jak w tym wierszu Świetlickiego: „Czy byłem? Skoro bohaterstwem/jedynym moim był uparty pęd/ ku płodzeniu? Czy byłem?”. Bohater powieści znajduje się w takim samym położeniu – dopiero uświadomienie sobie pierwszeństwa pierwotnych popędów skłania go do refleksji nad wartością bytu samego w sobie, co więcej dopiero u schyłku życia (wiersz nosi tytuł Żegnanie). Narrator jest więc bufonem i czuje się z tym świetnie. Pewnej nadziei można jednak upatrywać w stopniowej przemianie bohatera, która rozpoczyna się podczas wizyty w Jerozolimie. Jest to jednak przemiana wyłącznie hipotetyczna, bowiem nie wiemy, co w całej opisanej historii jest rzeczywistością, a co tylko złudzeniem i futurystyczną mrzonką. To właśnie skutki dobrze wykonanej pracy literackiej – posłużenia się realnymi osobami w przedstawieniu fantastycznej fabuły. Mimo wszystko liczę na to, że stężenie Beigbedera-narratora w Beigbederze-człowieku jest jak najmniejsze.

Oczywiście, jak zwykle u autora „Windows on the world”, cała fabuła stanowi pretekst dla bardzo ostrej satyry na temat współczesnej Francji. Znajdziemy tam na przykład taki oto opis Paryża: „(…) przed wojną był ośrodkiem kultury i sztuki, dziś jest zanieczyszczonym i opustoszałym muzeum, z którego turyści zdezerterowali z powodu zamachów”. Autor uważa się za lewicowca, zdaje się nie dostrzegać jednak związku pomiędzy hołdowaniem elitaryzmowi, jakim jest chęć bycia nieśmiertelnym a opustoszałą stolicą. Jeśli na świecie nie brakuje ludzi, którzy są w stanie wydawać tysiące euro dziennie na zabiegi takie, jak sekwencjonowanie DNA, laserowe przyśpieszanie biegu krwinek, przenoszenie informacji z mózgu na dysk twardy itp., z pewnością nie zabraknie też osób przekonanych o własnej dominacji, gotowych zamykać niżej rozwiniętych przedstawicieli ludzkości w rezerwatach, podobnych do tych, opisanych w Nowym wspaniałym świecie. W aseptyczności prozy Beigbedera, duch Huxleya unosi się wyraźnie i dojmująco. Z drugiej jednak strony autor zauważa znienacka: „w niektórych częściach świata ludzie daliby wszystko, by mieć co jeść, a w innych kątach planety wydają majątek, żeby zaznać głodu”. Mam wrażenie, że myśl Beigbedera jest zagadką nawet dla niego samego.

Drugą, obok miłości rzeczą, która pozwala pokonać śmierć jest literatura. Nieśmiertelna bowiem jest ludzka komórka. Beigbeder pokłada nadzieję w kwasach nukleinowych, odwrócona ósemka podobna jest do oglądanego z bliska fragmentu podwójnej helisy. Nadzieja ta jest do tego stopnia silna, że pod koniec powieści sekwencja zasad azotowych, składających się na jego DNA, zaczyna anektować narrację książki, uzurpując sobie prawo do bycia jedyną treścią. Mówi się czasem o kimś, kogo motywacje przejrzeliśmy na wskroś, że „czyta się w nim, jak w otwartej księdze”. Człowiek byłby zatem niczym więcej (niczym mniej?) niż tekstem, a do jego poznania wystarczałby podstawowy zakres pojęć literaturoznawczych? „Żeby napisać książkę ostateczną trzeba by zmienić język. Gdybyśmy musieli rozpisać nasz kod DNA, składający się z trzech miliardów liter po trzy tysiące znaków na stronie, trzeba by było tysiąca tomów po tysiąc stron każdy”. (Swoją drogą, może to być nad wyraz ciekawe zadanie, napisać powieść jedynie przy użyciu własnego kodu, cyklicznie pojawiającej się cytozyny, adeniny, guaniny i tyminy. Oto jest wyzwanie, ultymatywna contrainte formelle, któremu podoła jedynie człowiek przyszłości, nowy Joyce, oulipijczyk człowieczeństwa).

Wydaje się, że każde pokolenie musi napisać własną księgę przeciwko śmierci. Z tych tekstów można by złożyć coś na kształt antologii, która nakreśliłaby osobliwy portret naszych czasów. I choć Frédéric Beigbeder nie jest i raczej nie będzie drugim Eliasem Canettim, to i tak Życie bez końca zasługuje na uważną lekturę. Choćby dla samej niezgody, romantycznego non-konformizmu, który może być oparty zarówno na przywiązaniu do konserwatywnych wartości (niezastąpioność Boga w jego prerogatywach), jak i na socjalistycznym sprzeciwie wobec hipotetycznego na razie elitaryzmu postludzi, udoskonalonych genetycznie. Żyjemy tak długo, jak długo jest w nas sprzeciw. Ocali nas być może literatura, być może nasze wewnętrzne litery, łudząco podobne do zasad azotowych.

Frédéric Beigbeder, „Życie bez końca”, Noir sur Blanc, Warszawa 2020, s. 296, przeł. Wiktor Dłuski